Dubbing to praca w "gorsecie" - Wywiad z Miłogostem Reczkiem
- 2010-01-20 @ 23:42

Kilkadziesiąt godzin temu zakończyliśmy pierwszy w historii bloga konkurs. Dziś przygotowaliśmy dla Was treść co najmniej tak samo interesującą, o ile nie ciekawszą. Jak wygląda praca przy dubbingu w grach “od kuchni”? Co jest powodem kiepskiej kondycji polskich lokalizacji gier? Odpowiedzi, między innymi, na te pytania oraz wiele innych znajdziecie w naszym obszernym wywiadzie z Miłogostem Reczkiem – “wiedźmińskim Talarem”. Zapraszamy do lektury!
Co spowodowało, że zdecydował się Pan pracować przy dubbingowaniu gier komputerowych? Czy było to dzieło przypadku czy może świadoma, w pełni uzasadniona decyzja?
W moim zawodzie jest tak, że o bardzo wielu rzeczach decyduje właśnie przypadek. Nie zawsze aktor (szczególnie pracujący w teatrze) ma możliwość wyboru roli. Mówi się też – i nie bez racji – że duże znaczenie dla aktorów ma szczęście. To, że trafiłem do dubbingu filmowego, a potem do dubbingowania gier przypisałbym raczej szczęściu i pewnym swoim predyspozycjom głosowym. Nie bez znaczenia było i to, że w swoim życiu zawodowym spotkałem ludzi, którzy mi w jakiś sposób zaufali. Muszę powiedzieć tu na pewno o Igorze Kujawskim – moim przyjacielu z Wrocławia, aktorze i reżyserze dubbingu, u którego debiutowałem w całej serii świetnych bajek dla dzieci (m.in. „Kropelka, czyli przygody z wodą”), o nieżyjącej już niestety Joasi Wizmur, dzięki której debiutowałem w filmie fabularnym (Pan w Meloniku w „Rodzince Robinsonów”) – fantastycznej, kochanej wariatce, całą sobą oddanej pracy. Muszę wymienić jeszcze Agnieszkę Matysiak, Annę Apostolakis, Elżbietę Kopocińską-Bednarek, Miśkę Aleksandrowicz… Muszą mi wybaczyć Ci wszyscy, których tu nie wymieniłem, ale miejsca by nie starczyło.
Do dubbingu gier komputerowych trafiłem prosto z dubbingu filmowego.
Jaka była pierwsza gra przy dubbingowaniu której miał Pan okazję pracować? Jakie wrażenia wyniósł Pan z tego doświadczenia? Od razu wiedział Pan, że gracze usłyszą Miłogosta Reczka w kolejnych tytułach czy raczej pojawiły się mieszane uczucia co do podkładania głosu postaciom z gier?
Niestety, nie pamiętam tytułu pierwszej gry, ale przyznam, że dosyć mi się ta praca spodobała – jest jednak inna, niż praca nad filmem – o tym za chwilę. Przyznam się – nie wiedziałem, że rynek gier dubbingowanych jest tak duży, że tyle gier ma polski dubbing. Wydawało mi się, że to głównie te, które powstają na podstawie filmów albo takie dla najmłodszych… A tu niespodzianka! Nie przypuszczałem, że w jednym roku mogę nagrać na przykład trzy gry, proporcje szacowałem raczej – jedną na trzy lata. Nie zdawałem też sobie sprawy z tego, że nagrywanie dubbingu do gry jest tak skomplikowane pod względem „logistycznym”. Ale o tym może też później…
Czy według Pana poziom trudności w dubbingowaniu gry wideo jest porównywalny z podobną pracą przy filmie animowanym? A może to zupełnie inna bajka?
Zdecydowanie inna bajka. Choć i tutaj głosy są castingowane – w każdym razie dotyczy to bardziej znaczących postaci, czy ról.
W większości wypadków niewiele wiem o wyglądzie postaci, którą gram, czasem mało wiem o świecie i temacie gry (tzn. mam bardzo ogólną wiedzę na ten temat). Zwykle pracujemy „na” wersjach anglojęzycznych i jest to trochę „małpowanie” intencji i intonacji angielskich aktorów. Rzadko – w moim odczuciu – możemy wraz z reżyserem polskiej wersji „pofantazjować”: dodać jakieś nasze interpretacje, coś zmienić. To praca w „gorsecie”, choć wydaje się być łatwiejsza ze względu na (na ogół) znikomą ilość kwestii synchronicznych i na niewielką też odpowiedzialność za prawidłowość reakcji, czy intencji (które są narzucone z góry). Proszę też wziąć pod uwagę to, że nie grałem żadnej głównej roli, więc nie wiem, jak to wygląda w takim wypadku, aczkolwiek podejrzewam, że może być podobnie, a więc i „gorset” bardziej uciążliwy.
Osobną i bardzo ważną sprawą jest tłumaczenie tekstu. Zdarzyło mi się już – niestety – pracować przy jednej grze (nie wymienię tytułu przez litość), w której tłumaczenie było haniebne! Bezmyślnie poczynione kalki z angielskiego, dosłownie tłumaczone idiomy itp. Reżyser i realizator prawie płakali (z bezsilności, a potem już ze śmiechu), ale polskiego producenta jakość tłumaczenia i – co za tym idzie jakość gry – zupełnie nie obchodziła. Zwyciężył termin i chyba oszczędność (czytaj: skąpstwo). Ale wydaje mi się, że to ma krótkie nogi. Gracze pewnie przerzucą się na wersję angielską lub po prostu nie kupią gry. Zadziwia mnie taka krótkowzroczność… To może stanowić odpowiedź na pytanie o jakość polskich wersji gier. Może polski rynek jest zbyt mały, żeby starania o jakość były priorytetem? Nie wiem. Muszę jednak przyznać, że mi przykro, kiedy słyszę takie głosy. Najczęściej odium spada na aktorów i realizatorów ze studia nagraniowego, a tymczasem przyczyna tkwi zdecydowanie gdzie indziej. Zapewne chodzi o pieniądze… „Jak to zrobimy? Tanio! Wtedy zarobimy więcej!”
I tutaj muszę wspomnieć o „Wiedźminie”… To był ogromny projekt. Ponad 60000 wersów! – dla porównania – przeciętny fabularny film animowany ma ich od 800 do 1200 – kilkudziesięciu aktorów, dobry tłumacz (bo to też „na angliku”!) , świetna pani reżyser (wymieniona już wyżej przeze mnie Elżbieta Kopocińska-Bednarek – miłośniczka Sapkowskiego a „Wiedźmina” w szczególności), świetni realizatorzy dźwięku. Ileż tam było dyskusji! Jaka atmosfera! Całe studio (Start International Polska) żyło przez kilka miesięcy tym projektem… Dzięki świetnej pracy wszystkich realizatorów powstało dzieło. Tak, tak, „Wiedźmin” to dzieło. Nie zajmuję się tu sprawą grafiki, bo się na tym nie znam. Mówię o pracy z aktorami nad dubbingiem i o wszystkich z tym związanymi sprawami.
Najkrótsza recenzja, którą usłyszałem od znajomego była taka: W Wielkiej Brytanii gracze grają na polskiej wersji językowej z angielskimi napisami!
Czegóż chcieć więcej?
Czy aktorzy chętnie decydują się na rozpoczęcie prac przy dubbingu gier wideo czy raczej trzeba ich do tego mocno namawiać?
Myślę, że nikogo specjalnie do tej pracy namawiać nie trzeba. To przecież jest jakieś nowe źródło i zarobków, i (czasami) miejsce dla uzyskania satysfakcji zawodowej: że coś dobrze się zagrało, że się podoba, że można dopisać następny tytuł do tzw. kariery artystycznej. Myślę, że większość z nas traktuje to jako ciekawe zadanie zawodowe, jako nowe wyzwanie, nowe pole, nową – choć ograniczoną przez specyfikę produkcji – przestrzeń artystycznej wypowiedzi.
Gracze najlepiej pamiętają Pana rolę z Wiedźmina gdzie wcielił się Pan w postać pasera Talara (nie trzeba chyba mówić dlaczego, dialogów z Talarem ciężko nie zapamiętać :)) Jak to było z tym Talarem, miał pan trudność wczuć się w tak specyficzną postać czy raczej nie sprawiło to większych problemów? A może mógłby Pan niektóre cechy charakteru Talara określić jako swoje własne? :)
Kiedy popatrzeć na moje zdjęcie, to chyba wszystko jest jasne :)

Talar klnie jak szewc. Ogólnie dialogi we Wiedźminie są bardzo “dorosłe”, nierzadko okraszone słownictwem z rynsztoka. Fajnie było móc tak poprzeklinać? :) Czy w czasie nagrywania tych wulgarnych kwestii dialogowych na twarzach ekipy dźwiękowców pojawiały się uśmiechy czy wręcz przeciwnie, wszyscy zawsze podchodzą do sprawy śmiertelnie poważnie?
Bywało śmiesznie. Ale wszyscy byliśmy w pracy. Pracę nad „Wiedźminem” wspominam szczególnie – mówiłem o tym wcześniej.
Że Talar przeklina? Że „Wiedźmin” jest nagrany dla „dorosłych”? Moim zdaniem to jedna z wielu zalet tego dubbingu. Mowa potoczna była kiedyś i jest dzisiaj właśnie taka. Często niezbyt przyjemna dla uszu, ale taka właśnie jest. Świat tak przedstawiony w grze jest bardziej prawdopodobny, bliższy skórze… Czy cukierkowaty, odrobinę nadęty, mówiący językiem z bajek dla grzecznych dzieci bohater jest w stanie dzisiaj kogoś zainteresować? Zająć na dłużej? Obawiam się, że męczyłby, nudził.
Ale też i język gier się zmienił. Tak, jak na początku lat dziewięćdziesiątych zmienił się język bohaterów polskiego kina. Nie musimy niczego udawać.
Poza tym to miłe, kiedy epizodyczna przecież rola tak nagle zaczyna być zauważana, komentowana. Kiedy wyjątki z jej tekstów zaczynają w Internecie funkcjonować samodzielnie. To w jakiś sposób zaspokaja tę moją aktorską „miłość własną”. Chociaż myślę, że to właśnie język, którym Talar się posługuje, spowodował taką popularność tej postaci.
Dodam jeszcze, że w „Wiedźminie” nie grałem tylko Talara…, ale pod względem soczystości języka on rzeczywiście się wyróżniał.
Mimo tego, że pełnych polskich lokalizacji w grach jest coraz więcej, cały czas słyszy się glosy, iż dubbing wypada słabo w porównaniu do zagranicznych wersji. Co jest Pana zdaniem powodem takiej sytuacji?
Odpowiedź zamieściłem powyżej, ale dodam kilka słów. To tak zawsze jest z czymś robionym „na szybko”, tylko dla zarobku. Z drugiej strony… Wydaje mi się, że firmy, które produkują gry starają się przy opracowaniu wersji językowych ciąć koszty… Studia w Polsce chcą za wszelką cenę pracować i też zbijają koszty… Aktorom płaci się też coraz mniej… Nie wszyscy godzą się pracować za coraz bardziej mizerne stawki: tłumacze, realizatorzy, aktorzy… A dystrybutor też musi mieć coś z produkcji… W rezultacie odbija się to na jakości. Mówi się o wolnym rynku, ale on zaczyna raczej przypominać „wolną amerykankę”. I trochę się dziwię, bo za mniejsze pieniądze tylko czasem udaje się uzyskać dobry efekt, ale jeśli sytuacja staje się permanentna, to nietrudno sobie wyobrazić do czego to prowadzi. Być może to jest jakieś wytłumaczenie tej opinii o kiepskiej polskiej robocie.
Czy pracuje Pan obecnie przy dubbingu jakiejś gry, o której branża jeszcze nie wie, że będzie w pełni zlokalizowana? Jeśli tak, to może uchyli Pan rąbka tajemnicy?
Nie pracuję, więc rąbka nie uchylę… Tęsknię za „Wiedźminem”... Podobno ma być przygotowana „dwójka”... Bardzo bym chciał przy niej pracować i z tym samym zespołem realizatorów. Bardzo.
Wielu aktorów to zapaleni gracze. Jak to wygląda w Pana przypadku? Jeśli zdarza się Panu pograć to na jakiej platformie: PC, Xbox360, PS3? A może coś bardziej egzotycznego?
Z synem Stanisławem (lat 8) czasami grywałem na PS2… A sam padłem ofiarą „Age of Empires”. Jeszcze jedynki. Pół roku temu kupiłem trójkę… I czasem, kiedy nikt nie patrzy… :)
Egzotyka? „Kulki” na PC. Ale wiem, że to smutne…
Na koniec nieśmiertelne pytanie wśród graczy, które siłą rzeczy musimy zadać. Jaki jest Pana ulubiony gatunek gier i jaki tytuł go reprezentuje? Czy może wręcz przeciwnie, uważa Pan gry za marnotrawstwo czasu?
Na to pytanie odpowiedziałem po trosze wcześniej… Muszę jednak przyznać, że przy „Age…” potrafiłem strawić i kilkanaście godzin… bez przerw na jedzenie. Tak więc trzeba uważać i traktować gry jako rozrywkę, bo przesada w każdej dziedzinie życia może być niezdrowa. :)
Dziękuję bardzo, było niezmiernie miło móc porozmawiać z “wiedźmińskim Talarem”
Komentarze