Mitologia zabijania klimatu
- 2010-09-03 @ 10:57
Nasze ostatnie dzieło, które opatrzyliśmy mało hollywoodzkim tytułem Cholera Movie wywołało w polskich serwisach o grach dyskusję na temat jakości polonizacji gier i ich dubbingów. Ilość komentarzy pod poszczególnymi newsami mile nas zaskoczyła, wydźwięk owych opinii jest jednak mocno frapujący. Intencje mieliśmy zgoła odmienne. “Cholera Movie” nie jest filmem “idealnie podsumowującym jakość polonizacji gier”, nie jest to też “cała prawda o polskim dubbingu w grach”. Każdy malkontent sprowadzający z uporem maniaka gry zza granicy wedle chorego poglądu, że polskie wersje językowe są zawsze gorsze od oryginału, który chociaż liznął Jarosława Boberka jako Drake’a w Uncharted 2: Among Thieves musi przyznać, iż fuszerką nazwać tego nie można. “Cholera” do historii o poszukiwaczach skarbów z klimatem rodem z filmów o Indiana Jonesie pasuje tu jak mało które słowo. A Killzone 2? Jak to jest z Killzonem każdy wie, to wpadka jakich mało, o której bardzo szybko trzeba zapomnieć.
„Cholera Movie” to efekt pracy miłośników polskiego dubbingu w grach, którzy polskiej wersji Uncharted 2: Among Thieves wystawili najwyższą w historii bloga ocenę – 5+. Film miał śmieszyć, pokazać swego rodzaju ułomność, która siłą rzeczy sprawia, że na twarzy pojawia się uśmieszek, nie zaś oburzać i ukazywać całą prawdę bla, bla, bla… Udało mi się przebrnąć przez sporą ilość komentarzy dotyczącą naszego materiału wideo, przejrzałem niemałą ilość postów na forach i chyba do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, w jak wielkim błędzie jest aktywne grono internautów (tak Hekatonpsychos, masz rację), które tkwi w mylnym przeświadczeniu, że polskie wersje z “definicji” muszą być gorsze niż to, co przygotowali nam koledzy zza wielkiej wody.

Większość opinii jest zapewne autorstwa zawodowych krzykaczy, którzy włączając rano komputer zastanawiają się na co by tu dziś ponarzekać. Z całym szacunkiem, ale te treści pominąłem. Najwięcej spośród negatywnych uwag dotyczących polskich wersji językowych zarzuca lokalizacjom, iż w procesie tłumaczenia ulatuje klimat, na co składa się kiepski przekład (najczęściej zbyt ugrzeczniony), bezpłciowość głosów bohaterów i utrata bliżej nieokreślonego “czegoś”, co zawierają wersje angielskie. Nie zabrakło też heretyków, wedle których nie mamy uzdolnionych głosowo aktorów i reżyserów dubbingu (polecam skonfrontować swoje stanowisko ze słuchowiskiem Narrenturm). Jeśli zaś przejdziemy do konkretów, kończy się to najczęściej na zacholerzonym Killzone 2, słabym Shepardzie w drugiej części Mass Effect, zburaczałym Wrexie, wypranej ze wszystkiego EDI i Boberku, którego słychać wszędzie i już się wszystkim przejadł. Tak więc, reasumując, klimat uleciał nam z drugiej części Killzone’a oraz obydwu odsłon Mass Effect. Argument o Boberku zaś, wydaje się być całkowicie oderwany od rzeczywistości, bowiem bez względu na to gdzie pojawią się przesympatyczny Pan Posterunkowy, postacie przez niego dubbingowane ożywają. Gdzie tutaj obraz ogółu polskiego dubbingu jako nie dającego się słuchać wytworu amatorów, nieznających się na swojej pracy? Hmmm…
Oczywistością jest, iż całkowitym bezsensem byłoby usprawiedliwianie pomyłek ludzi odpowiedzialnych za lokalizacje, toteż nikt nie próbuje być nadzwyczaj wyrozumiałym. Błędy należy przy każdej należytej okazji dokładnie wypunktować. Jedynym skutkiem takowej skrupulatności będzie podniesienie jakości spolszczeń. Błędy, zarówno te kardynalne jak i kosmetyczne, wytykamy bezustannie kilku grom, a jak się później okazuje, nagle polskie wersje językowe mogłyby przestać istnieć dla większości polskiej, internetowej społeczności graczy. Swoją drogą, zamieszczanie opinii o jakości polonizacji Killzone 2 pod treścią dotyczącą polskiej wersji ModNation Racers nie jest ani ciekawe, ani mądre, a niedawno przestało być już nawet śmieszne. Tak, zdarzyło mi się spotkać i z takimi wybrykami. Cytuję: “Dubb w MNR jest nawet spoko, ale to co Sony zrobiło z Killzonem to jakaś maskara”.

Niemożność zachowania wypracowanego w amerykańskich studiach nagraniowych klimatu, w obliczu ostatnich lokalizacji (ale nie tylko) wydaje się być całkowicie oderwana od rzeczywistości. Bliskie kreskówkowemu geniuszowi ModNation Racers, ciężki Heavy Rain, dostojny (choć z lekkimi zachwianiami równowagi) God of War 3 oraz zabawny, ale też odpowiednio dorosły Battlefield: Bad Company 2 to gry dubbingowo bardzo bliskie oryginałom, a momentami nieporównywalnie lepsze niż amerykańska/brytyjska/jakakolwiek inna wersja. Kiedy przytoczymy tytuły takie jak Baldur’s Gate, Planescape Torment, Bard’s Tale: Opowieści Barda, nie mówiąc już o Longest Journey: Najdłuższa Podróż, argumenty o utracie klimatu we wszystkim co polonizowane okazują się całkowicie wyssane z palca. No bo przecież zawsze można wesprzeć się spapranym Killzonem i nie tak dobrym jak zapowiadano Mass Effectem. Kiedy do kina idziemy z przeświadczeniem, że Avatar to największy crap w historii światowej kinematografii, nawet najwspanialszy efekt trójwymiarowości, który mieliśmy do tej pory okazję oglądać oraz przecudowna orgia kolorów nie zrobią na nas wrażenia. “Przecież tego nie da się oglądać”, “zasnąłem po 15 minutach”.
O tym, że dubbing jest sztuką niezwykle trudną, że ten “growy” w dużym stopniu różni się od filmowego wszyscy doskonale wiemy. Wielokrotnie mogliście o tym przeczytać w wywiadach, które przeprowadziliśmy z kilkoma aktorami dubbingowymi. Z drugiej strony, nie jest to absolutnie żadnym argumentem w dyskusji na temat jakości polonizacji. Analogią niech będzie proces tworzenia gier. Mimo tego, iż jest to sztuka niezwykle trudna, w żadnej recenzji trudności owego rzemiosła się nie uwzględnia. Byłoby to całkowicie absurdalne i bezsensowne. Idąc tokiem myślenia ogółu, który wypracowałem czytając opinie na wiadomy temat, kluczem do dubbingowego sukcesu jest odegranie swojej roli tak, jak wymarzyli to sobie twórcy gry, zachowanie tego “czegoś” co udało się zrobić Nolanowi Northowi i spółce. Jednak czy oryginalne, angielskie dubbingi, tamtejszą pracę głosem, intonację, barwę głosu powinno się kopiować ze stu procentową dokładnością? Dlaczego nie pozwolić aktorom na odrobinę własnej interpretacji, osobistego wkładu w postać? Po co za wszelką cenę próbować odtworzyć to, co zrobił ktoś inny, kiedy można zrobić coś lepiej. Może to jest hamulec, który sprawia, iż polskie wersje językowe nie są tak dobre, jak mogły by być. Czy angielskie dubbingi trzeba uważać za jedyny wzorzec i bezgranicznie uznawać je za ostateczne kryterium pracy aktora dubbingowego? Nie. Dlaczego? Bo duża ilość oryginalnych dubbingów nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym.

Przykłady można by mnożyć. Nie ma nic genialnego, absolutnie nic z czym nie poradziliby sobie nasi aktorzy w dubbingach takich gier jak Gears of War, Alan Wake, Demon’s Souls i w wielu, wielu innych produkcjach. Ułomności, sztywność, bezpłciowość dialogów w wielu angielskich wersjach językowych zdarzają się często. Jedyną grą, gdzie ani jeden dialog nie jest pozbawiony teatralnej wręcz naturalności to Uncharted 2: Among Thieves. Tam jednak, nagrywanie dialogów wygląda całkowicie inaczej niż w większości gier. To rzeczywiście prawie że teatralny spektakl. Z tym, że zamiast barwnych kostiumów aktorzy poubierani są w jednokolorowe lateksy. Aktorzy swoje kwestie wypowiadają już w czasie sesji motion-capture. Problem leży także w tym, że nie jesteśmy do dubbingu przyzwyczajeni. W telewizji od zawsze słuchamy lektora, filmy oglądamy z napisami. Przykład jeżeli chodzi o ilość lokalizowanych tytułów powinniśmy brać chociażby z naszych zachodnich sąsiadów, którym jeszcze niedawno współczułem Bodo Wolfa.
Skoro jesteśmy mistrzami w wychwytywaniu sztywności i braku naturalności w głosie poszczególnych polskich aktorów, dlaczego w żadnej opinii dotyczącej Mafii II nie wyczytałem o beznamiętnym głosie Vito Scaletty, zachwyty nad Demon’s Souls przesłoniły przeciętność tamtejszego voiceactingu, dlaczego w końcu nikt poza małą grupką pasjonatów nie wie, iż to czego dokonał Tomasz Marzecki w Disciples III: Odrodzenie jest absolutnym mistrzostwem? Jego angielski odpowiednik jest po prostu marny. Skąd więc to bezgraniczne zapatrzenie w oryginalne dubbingi?

Gdyby w którymkolwiek polskim serwisie o grach zamieścić ankietę, dotyczącą tego w jaką wersję językową zazwyczaj grasz, a jako proponowane odpowiedzi zamieścić „polską” oraz „angielską”, więcej respondentów zaznaczyłaby ta drugą odpowiedź. Dlaczego? Bo w większości przypadków wydają im się lepsze, co w dużej mierze determinuje mylne przeświadczenie o bezbłędnej oryginalności. Bo kolega powiedział, iż polski dubbing ssie, z resztą, prawie każdy na forum tak sądzi. Bo Killzone 2 był tragiczny, tak więc tytuł XYZ też musi być skopany. Skrajną, lecz powszechną opinią jest ta, która głosi, że w stu procentach przypadków angielski dubbing jest lepszy. Dlaczego? Pomijając argumenty o Killzone 2 i nieszczęsnym Komandorze, który najwyraźniej nie wiedział na co się porywa, zostaje tylko jeden – bo tak.
Komentarze