Brink - Recenzja
- 2011-07-03 @ 16:32
„Brink” dość niespodziewanie doczekał się w naszym kraju pełnej polskiej wersji językowej, co jest tym dziwniejsze, jeśli wziąć pod uwagę jego dystrybutora (Cenega) i gatunek – w końcu shootery dubbingowane są w naszym kraju dość rzadko. W starciu z „Wiedźminem 2: Zabójcami królów” zarówno gra, jak i jej dubbing nie miały wielkiej siły przebicia, ale gdy opadł już wiedźmiński kurz, na spokojnie można poświęcić kilka chwil najnowszej produkcji twórców „Wolfenstein: Enemy Territory” i „Quake Wars” (która, notabene, również została wydana przez Cenegę z dubbingiem).
Akt I: Wody lanie
Akcja gry rozgrywa się w pływającym mieście zwanym Arką, zamieszkiwanym przez kilkadziesiąt tysięcy ludzi podzielonych na dwa zwalczające się obozy – ochronę, dbającą o interesy bogatych mieszkańców, oraz ruch oporu. Po obejrzeniu krótkiego intra dostajemy możliwość opowiedzenia się po jednej ze stron konfliktu, a następnie stworzenia swojego awatara. Grać można jedynie mężczyzną, zaś opcji spersonalizowania jego wyglądu jest około stu. Po kilkunastu kliknięciach stworzyłem swoją postać – przemawiającego głosem Jarosława Domina opozycjonistę z tatuażem yakuzy i koszulką z logo „Doom”. Chwilę później stworzyłem też kolejną postać, tym razem przedstawiciela ochrony. Posiadając dwie postaci, po przejściu aktu przewidzianego dla opozycjonistów mogłem od razu przejść go w barwach przeciwnego obozu.
Gra oferuje trzy tryby zabawy – kampanię fabularną, wyzwania i grę swobodną. Kampanię można przejść na trzy sposoby – grając z botami, w trybie kooperacji (przeciwko drużynie botów) bądź w trybie kontra, gdzie obie drużyny kierowane są przez graczy. Kampania w singlu jest grywalna, ale inteligencja botów jest co najwyżej taka sobie – kierowani przez komputer towarzysze radzą sobie co prawda w walce, jednak wykonywanie celów misji z reguły przekracza ich możliwości, więc zazwyczaj spadają one na gracza. Tryb kontry jest najbardziej wymagający i przeznaczony głównie dla graczy mających doświadczenie w grach sieciowych, zaś kooperacja wydaje mi się najprzyjemniejszą i najmniej stresującą opcją.
Oprawa techniczna stoi na przyzwoitym poziomie. Grafika co prawda nie powoduje opadu szczęki, a niedoskonałości oprawy dość skutecznie maskuje interesująca, komiksowa stylistyka. Dźwiękowo Brink także wypada nieźle – muzyka co prawda również nie wbija w fotel, ale stanowi niezłe uzupełnienie tego, co dzieje się na ekranie.
Akt II: Polskiej wersji ocenianie
Polska wersja „Brink” okazała się godnym przeciwnikiem dla osoby takiej jak ja, która niemalże zawsze potrafi znaleźć dziurę w całym. Głowiłem się nielicho, rozbierając polonizację na części pierwsze i próbując doszukać się jakichś poważnych mankamentów, ale nie udało mi się takowych znaleźć. Ostatecznie musiałem się pogodzić z faktem, że dubbing jest po prostu dobry.
Do polskiej wersji nie zatrudniono żadnych gwiazd, zdano się za to na doświadczonych aktorów głosowych, zaś ich dobór okazał się nad wyraz dobry. Najwięcej sensownych kwestii mówionych mają przywódcy wrogich stronnictw, kapitan ochrony Clinton Mokoena i przywódca opozycjonistów Stephen Chen, którzy przed każdą misją udzielają nam szczegółowych instrukcji. W Mokoenę wcielił się Dariusz Odija, w Chena – rzadko słyszany w grach Mirosław „Kulfon” Wieprzewski. Obaj panowie zaskakująco dobrze pasują do swoich postaci, zaś w treści wygłaszanych odpraw wczuli się znakomicie, poprawnie oddając wszelkie emocje, radząc sobie również z co bardziej podniosłymi momentami. Listę osób, które mają dłuższe kwestie, wyczerpują narratorka i lektorka z filmów instruktażowych. W oryginale głos narratorki jest wyraźnie starszy, brzmi jak głos osoby steranej życiem. W polskiej wersji narratorem została Renata Berger, której głos jest młodszy niż angielskiej odpowiedniczki, ale mimo wszystko również sprawia pozytywne wrażenie. W instruktażach w obydwu wersjach słyszymy głos młodej kobiety – i tutaj jest poprawnie, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że polska lektora mówi trochę zbyt swobodnie i radośnie, opowiadając m.in. o sposobach eksterminacji przeciwników.
Każdy scenariusz rozpoczyna się od krótkiej wstawki filmowej, w której bohaterowie prowadzą ze sobą niezbyt rozbudowane i niezbyt interesujące rozmowy. Trudno zresztą oczekiwać po shooterze nastawionym na grę wieloosobową jakiejś szczególnie rozbudowanej fabuły i pięknych dialogów. Te zostały przełożone poprawnie, nie zawiedli również aktorzy, którzy – podobnie jak Chen i Mokoena – brzmią przekonująco i naturalnie. Wśród towarzyszy broni usłyszymy m.in. Krzysztofa Szczerbińskiego, Andrzeja Blumenfelda i Jarosława Boberka. Ten ostatni, wraz z Jarosławem Dominem i pięcioma innymi aktorami, może również przemawiać głosem kierowanej przez nas postaci w rozgrywce sieciowej. Okrzyki na polu walki także wypadają nieźle, chociaż – co jednak nie jest winą osób odpowiedzialnych za dubbing – dość ograniczona ich ilość w pewnym momencie może zacząć trochę irytować.
Zadaniu podołali również tłumacze i redaktorzy. Tłumaczenie jest zgrabne, chociaż osobiście trochę żałuję, że ani w oryginale, ani w polskim dubbingu nie zdecydowano się na „żołnierski” język – najbardziej wulgarnym słowem, jakie usłyszałem podczas kilku godzin zabawy, była „cholera”. Osoby odpowiedzialne za tekst popisały się również inwencją, np. nazywając urządzenie hakujące „hakerynką”. Błędów redakcyjnych nie znalazłem zbyt wiele, w pamięci utkwiły mi tylko błędne spolszczenie rosyjskiego nazwiska, które w wersji angielskiej brzmi Nechayev (u nas Neczajew zamiast Nieczajew) oraz naprzemienne używanie formy „cywilów” i „cywili”. Ten ostatni „błąd” można by zignorować, gdyby nie to, że pada on w odstępie kilkunastu sekund z ust tej samej osoby. Literówek czy rażących błędów językowych w stylu „wierzy zegarowej” nie zaobserwowałem.
Polonizacja broni się także pod względem technicznym. Wypowiedzi postaci nawet nieźle pokrywają się z animacjami ust postaci, zaś dialogi są nadzwyczaj płynne – nie ma pomiędzy nimi zauważalnych przerw, czasem nawet postaci wpadają sobie w słowo, co nadaje dialogom naturalności. Jedyne techniczne potknięcie, jakie wyłapałem, to momentami zbyt cichy głos lektorki udzielającej porad w trybie wyzwań.
Akt III: Czas na podsumowanie
Trudno jest mi podsumować zarówno „Brink”, jak i jego polską wersję. Chociaż gra sama w sobie jest grywalna, nie dostarczyła mi takich emocji, jak chociażby „Enemy Territory” czy „Unreal Tournament”, więc po około piętnastu godzinach zrezygnowałem z dalszej zabawy. Dubbing z kolei, chociaż wypadł naprawdę solidnie, nie ma „pazura”, tego czegoś, co sprawiałoby, że grę warto kupić chociażby dla niego. Moim zdaniem w niczym nie ustępuje on oryginalnej wersji, może nawet jest odrobinę lepszy, ale w ogólnym rozrachunku nie urywa głowy – to po prostu solidnie wykonana robota, na którą narzekać mogą tylko osoby krytykujące dubbing dla zasady. Po długich namysłach i analizowaniu nowej DubScore’owej skali ocen, wahając się pomiędzy oceną 4 i 5, ostatecznie postanowiłem wystawić 4, jednocześnie zachęcając do kupna „Brink”, gdy jego cena spadnie do około trzydziestu złotych.
Jacek “Pottero” Stankiewicz
Komentarze