The Cursed Crusade: Krucjata asasynów, czyli manipulacja balistą
- 2011-12-02 @ 22:37
Jeszcze do niedawna z zadowoleniem wspominałem minione miesiące wiedząc, że rodzimym dystrybutorom udało się uniknąć kiepskich kinowych lokalizacji. Zapewne żyłbym z takim przekonaniem jeszcze długo, gdyby nie to, że w przerwie pomiędzy przemierzaniem kolejnych miast prowincji Skyrim postanowiłem wyruszyć na krucjatę wraz z bohaterami The Cursed Crusade. I wycieczka ta sprowadziła mnie na ziemię. Jak się okazuje, rok 2011 przyniósł co najmniej jedną słabą, kinową polonizację.
Na początek warto wspomnieć o podtytule „Krucjata asasynów”, który uśmiecha się do graczy z pudełka, a ma z grą mniej więcej tyle wspólnego, co Steven Seagal z dostawaniem po gębie. Zabieg marketingowy mający na celu uszczknąć coś z popularności serii Assassin’s Creed co prawda zalatuje lekkim smrodkiem, ale można to Cenedze wybaczyć, bo akurat tytuł nadrukowany na okładce nijak ma się do zawartości pudełka.
Problemy z polonizacją The Cursed Crusade: Krucjaty asasynów rozpoczynają się już w chwilę po jej uruchomieniu, gdy zechcemy dostosować opcje gry wedle własnych potrzeb. Oto bowiem w menu ustawień obrazu mamy opcje „Activate SSAO” z możliwością wyboru „Tak” lub „Nie”, zaś „Shadow Quality” można ustawić na „Low”, „Medium” bądź „High”.
To jednak nic w porównaniu z menu sterowania – tam od razu w oczy rzuca się opcja „Play with Keyboard” (Tak/Nie), zaś zakładka dostosowania klawiszy to już opcje „Main Commands”, „Weapon Commands” i „Default Configuration”. Chociaż poszczególne funkcje głównych ustawień zostały spolszczone, to już nazwy przycisków pozostawiono w oryginale (SPACE, [MOUSE_MIDDLE] itd.).
Z kolei ekran ustawień broni jest w całości po angielsku. Gracz słabo znający język Szekspira raczej nie będzie miał problemu ze zrozumieniem czym jest „One-Handed Weapon”, ale już niekoniecznie będzie wiedział, że „Ranged Weapon” to „broń miotana”, a „Spear & Shield” znaczy „włócznia i tarcza”.
Po uruchomieniu nowej gry wita nas blisko piętnastominutowe wprowadzenie, którego przetrwanie może być trudne nawet dla osób na wylot znających historię Solid Snake’a. Początek gry to seria kiepsko animowanych przerywników filmowych z fatalnym voice actingiem, dwukrotnie na krótką chwilę przerywana możliwością poruszania się bohaterem. Tłumaczom trzeba przyznać, że udało im się zachować poziom oryginalnych dialogów, co jednak nie jest zbyt chlubnym osiągnięciem. Dialogi sprawiają wrażenie, jakby były napisane przez dwunastolatka, który po obejrzeniu „Bravehearta” wszystkie patetyczne kwestie Williama Wallace’a „podrasował” i wsadził w usta bohaterów gry.
Polskie tłumaczenie językowo stoi na takim samym poziomie, jednak trudno winić za to twórców, skoro musieli pracować na tak beznadziejnym materiale. Tym niemniej mogli uniknąć rażących błędów, takich jak wszędobylskie „Ja…”, „eee…”, „bohhh!” czy „ach”. Podczas oglądania przerywników filmowych okazuje się, że gra ma jednak coś wspólnego z „Assassin’s Creed” – rażący i niechlujny podział wyświetlanych na ekranie linii dialogowych. Niczym w przygodach Ezio Auditore, jedna linia kończy się kropką i następującym po nim słowie rozpoczynającym kolejne zdanie, czasem w jednej linii mamy początek nazwiska głównego bohatera („de”), zaś jego reszta – „Bayle” – pojawia się już w następnej. Wygląda to bardzo nieestetycznie, nie mówiąc już o tym, że potrafi utrudnić czytanie napisów. Chociaż dialogi są kiepskie, uniknięto w nich rażących błędów czy przeinaczeń, aczkolwiek zdarzają się pomniejsze błędy, jak pozostawianie nazwisk w formie mianownikowej czy „Templariusze” zamiast „templariuszy”.
Po ukończeniu każdego rozdziału w grze wyświetla się ekran podsumowujący nasze dokonania. Ten element został położony na całej linii, ponieważ większość zamieszczonych w nim opisów nakłada się na siebie, co daje takie potworki jak „KOMBINACJKOMBINACJSTATECZNE” czy „ZBAWIONE DU(...)NKTY ZWYCIĘSTWA”, przy czym „(...)” oznacza miejsce, w którym nakładają się na siebie co najmniej dwie litery. Następnie zapoznani zostajemy z ekranem rozwoju, gdzie kilka plansz objaśniających, jak korzystać z drzewek, pozostawiono w języku angielskim.
Ze wszystkim tym, co opisałem powyżej, zetkniecie się w ciągu pierwszych dwudziestu minut zabawy, później „szok” jest mniejszy, ponieważ błędy jedynie się powtarzają. Nie ma takiej rzeczy, do której nie można by przywyknąć… Na dalszych etapach rozgrywki można z kolei natknąć się na zwyczajnie głupie błędy, takie jak np. polecenie „Manipuluj” wyświetlające się przy obiektach, z którymi można wejść w interakcję (balisty, kołowroty, klatki).
Tłumacz najwidoczniej zapomniał bądź nie wiedział, że „Manipulate” oznacza również „kierować, sterować” i lepsze od „Manipuluj” byłoby „Przesuń” bądź „Interakcja”. Czasem zdarza się również, że pomiędzy kwestiami polskimi nagle pojawiają się angielskie.
The Cursed Crusade: Krucjata asasynów to produkcja budżetowa, nie nosząca znamion potencjalnego hitu, o czym świadczy chociażby jej cena – osiemdziesiąt złotych, czyli nawet czterdzieści mniej niż inne nowości dystrybutora. Chwali się, że Cenega – w odróżnieniu od EA – polonizuje również tytuły, które nie mają większych szans na dobrą sprzedaż, jednak nagana należy się za to, że najwidoczniej zaniechano dogłębnych testów opracowanego przekładu. Większość wyżej wspomnianych błędów można było z łatwością wyłapać i poprawić, gdyby Krucjatę asasynów podrzucono uważnie wykonującym swoją pracę testerom. O ile w ogóle ktoś to testował…







Komentarze