Jesteś niezalogowany. Zaloguj się się lub zarejestruj.

  • Najnowsze materiały

Opowiem Wam historię o polskiej wersji językowej…

  • 2011-12-31 @ 00:36
  • Abdel

Uwielbiam święta Bożego Narodzenia. Nie było jeszcze takich, których nie spędziłbym razem z mamą, tatą i rodzeństwem. W tym roku również po 365 dniach ciężkiej pracy wylądowałem na te kilkadziesiąt świątecznych godzin w gniazdku, z którego nie tak znowu dawno wyfrunąłem. Tamże, w miejscu, gdzie miałem nadzieję od gier i ich wersji językowych odpocząć, zebrało mi się na myślenie o nich. Wszystko za sprawą Nathana Drake’a. A w zasadzie Jarosława Boberka.

Są takie dni, także w okresie świątecznym, że nawet na HBO i Canal+ Film nie ma co obejrzeć. Kolejne romansidło z Richardem Gerem w roli głównej boli jeszcze bardziej, niż te dwa pochłonięte wczoraj przy obiedzie i przedwczoraj po kolacji. Postanowiłem więc zainteresować domowników grą wideo. Wybór był oczywisty. Żeby dotrzeć do odbiorcy, który nie przepada za elektroniczną rozrywką i traktuję ją podrzędnie w stosunku do filmów i książek (no cóż, rodziców się nie wybiera…) najlepiej wybrać dzieło kompozycyjnie jak najbardziej zbliżone do dwóch wspomnianych mediów. W czytniku PlayStation 3 wylądowała trzecia część Uncharted. Ta w której Drake’a mieli oszukać. I wtedy zdarzyło się coś, co uświadomiło mi sensowność Lokalizacji 2.0.

Moi rodzice nie znają języka angielskiego. W czasach, kiedy oni uczyli się obcej mowy priorytetem był dla przykładu rosyjski albo jakiś inny, dziś wydawałoby się egzotyczny język. Dlatego z oglądania jak na zmianę z Majkiem przedzieramy się przez etap za etapem, żeby odpalić skrypt uruchamiający przerywnik filmowy pełen „crapów” i „shitów”, czerpali nikłą przyjemność. Ale w momencie, gdy kilkoma przyciśnięciami guzików w padzie włożyliśmy w usta Drake’a głos Boberka, a Sully’ego uczyniliśmy Andrzejem Blumenfeldem, zabawa stała się na tyle przednia, że po skończeniu gry usłyszałem krótkie, ale jakże satysfakcjonujące pytanie: „masz coś jeszcze podobnego?”.

Możecie powiedzieć, że opisany przykład jest nieco przejaskrawiony. Na zainteresowanie grą moich rodziców wpłynęła nie tylko wersja językowa, jaką uruchomiliśmy, ale także atrakcyjność grafiki, interesująca fabuła, wartka akcja i świetne dialogi. Ale nie sposób pominąć faktu, że bariera językowa stanowiła autentyczny próg wejścia. Nie mogąc go przekroczyć, nie zrozumiesz żartu. Nie pojmiesz o co w tym chodzi. Całkowicie pominąć można w tym przypadku to czy gra została przetłumaczona dobrze bądź źle. Czy dubbing jest naturalny, czy sztuczny. Najważniejsze, że gra w ogóle jest po polsku! W tym przypadku, a zapewne także w wielu innych, najlepiej, żeby była w pełni spolszczona.

Zgodzę się z tym, że fakt, iż moi rodzice bawili się przy Uncharted (w pewnym momencie tak się wciągnęli, że próbowali nawet skakać po platformach!) nie oznacza, że jutro popykają sobie w Battlefielda czy Skyrima. Ale jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, kiedy stają przed półką w sklepie chcąc kupić prezent dla swoich wnuków. Szukają dla nich gry wideo. I wszystkie te, które nie mają polskiej wersji językowej z automatu odrzucają. No bo jak tu zainteresować brzdąca przygodami Ratcheta i Clanka, jak pobawić się z nim Kinectimalsami, albo grami w ogóle, kiedy ten nie ma pojęcia co trzeba zrobić, żeby zwyczajnie przejść dalej.

Będąc producentem gry, jej wydawcą, a nawet sprzedawcą zależałoby mi na tym, żeby mój produkt trafił do jak największej liczby odbiorców. A jeśli wersja językowa stanowi czynnik, który sprawi, że moi lub Wasi rodzice, ich synowie, córki lub wnuki, ktokolwiek, się nim zainteresują, to zrobiłbym wszystko, żeby w czasie zakupów spojrzeli na pudełko z moją grą. Tą z czerwonym kapslem i białymi literami “PL”.

I nikt mi nie wmówi, że polskie wersje językowe gier są niepotrzebne.

Szczęśliwego nowego roku!

Komentarze




Podziel się z nami swoją opinią!