Alan Wake - wrażenia z rozgrywki
- 2010-05-20 @ 18:40
Alan Wake to jedna z tych gier, na które hype nakręca się latami. Kusi się graczy skąpymi zwiastunami, przedstawiającymi zaledwie migawki gameplay’u. W zasadzie nic tak naprawdę na tych trailerach nie ma, ale wszystkie media branżowe piszą o całym zamieszaniu przez dobry tydzień. Żeby jeszcze bardziej pobudzić wyczekujących danego tytułu ze zniecierpliwieniem graczy, pod przykrywką wycieku wypuszcza się do sieci screenshoty, które wywołują dyskusję niemniejszą, niż wspomniany wcześniej, nijaki zwiastun. „Wyciekły screeny z Alan Wake!”, „Wow, patrz jak to wygląda!”, Eee tam, daj mi photoshopa to też coś takiego wyczaruję”. Apetyt nieustannie rośnie. Preorder w sklepie złożony dwa miesiące przed premierą. Nerwowe wyczekiwanie na listonosza. „A może przyniesie jeszcze przed premierą…”. W końcu, przyniósł.
Przedpremierowe zachwyty nad Alan Wake, słowna wojna fanboy’ow, w której wytoczono najróżniejsze działa i stosowano wszelkie możliwe chwyty erystyczne (te porównywalne do uderzeń poniżej pasa również), wszystko to całkowicie mnie ominęło. Alanem zainteresowałem się tak naprawdę krótko przed 14 maja i zdecydowałem się zagrać w Alan Wake tylko i wyłącznie dlatego, że staram się, w miarę możliwości, ograć każdy wypuszczany na rynek tytuł na wyłączność. Do przygód nowojorskiego pisarza podchodziłem więc z zupełnie chłodną głową, nie próbowałem wyrobić sobie o Alanie jakiejkolwiek opinii jeszcze zanim gra zagościła w czytniku mojej konsoli. Ale kiedy już Alan Wake włączyłem, wsiąknąłem na dobre. To jedna z tych gier, w które po prostu trzeba zagrać.

Uwielbiam gry, które intrygują. Jednym z moich osobistych kryteriów, pozwalających sklasyfikować grę jako dobrą jest jej pewna unikalna cecha, która sprawia, iż siadając przed telewizorem całkowicie tracę poczucie czasu. Grając w Alan Wake nie czułem głodu, nie miałem ochoty odpocząć i wyjść na spacer, dopiero kiedy zaschło mi nieco w gardle wyszedłem do kuchni aby zrobić sobie herbatę. Wtedy też zauważyłem, że od momentu kiedy usiadłem na kanapie minęło siedem godzin. Co jest więc tak bardzo wciągające w historii jaką zaserwowało nam Remedy?
Tytułowy bohater gry to powieściopisarz, autor wielu świetnych thrillerów, przez swojego agenta Barry’ego Wheelera nazywany Mr. Bestsellerem. Jednak od dwóch lat Alan nie zdołał skleić jednego, porządnego, nadającego się do publikacji akapitu. Aby uciec od codzienności i przełamać niemoc twórczą, Alan wraz ze swoją żoną Alice wybiera się na wakacje, do małego miasteczka Bright Falls. Owa leśna mieścina to jedno z tych miejsc, w których wszyscy znają się z imienia i nazwiska, są wobec siebie życzliwi i praktycznie bezustannie się uśmiechają. Jednak pod tymi uśmieszkami kryją się prawdziwe koszmary. Koszmary, których właśnie państwo Wake mają niebawem doświadczyć. Alan powoli gubi się pomiędzy snem a jawą i robi to tak umiejętnie, że na moment i ja zgubiłem się razem z nim.

Grając w Alan Wake co chwila miałem wrażenie, że przeżywam swego rodzaju deja-vu. W grze jest masa odniesień do popkultury i co ciekawe, twórcy niespecjalnie się z tym kryją. Scenarzyści, a w zasadzie scenarzysta Remedy, zagrał w otwarte karty i nawet bohaterowie w cut-scenach owe inspiracje książkami, filmami i serialami podkreślają. Gracze, którzy w przeszłości mieli styczność z twórczością Stephena Kinga wyniosą z rozgrywki w Alan Wake nieporównywalnie więcej w porównaniu do osób, które nigdy prozy Kinga nie czytały. Nieprzypadkowo to właśnie cytat z twórczości Kinga pojawia się na samym początku gry. Amerykański mistrz literatury grozy niejednokrotnie w swoich powieściach umieszczał pisarza jako głównego bohatera. Twórcy gry sięgnęli po rozmaite cechy “kingowskich pisarzy” i połączyli je w nową osobę – osobę Alana Wake’a.
Ale na tym inspiracje kulturą popularną się nie kończą. Mamy odniesienia do „Ptaków” Alfreda Hitchcocka, „Strefy Mroku” oraz do „Zagubionych” (tak, tych “Zagubionych”), a samo miasteczko Bright Falls wydaje się być żywcem wyciągnięte z serialu “Twin Peaks” Davida Lyncha. Niektóre ujęcia w cut-scenach są niemalże identyczne jak te w filmowej adaptacji „Lśnienia” w reżyserii Stanley’a Kubricka. Główny motyw w grze, w którym to literacka fikcja zdaje się urzeczywistniać, a nasz protagonista staje się głównym bohaterem własnej powieści również wydaje się dziwnie znajomy. Narracja zbudowana jest jak serial telewizyjny. Każdy odcinek kończy się klasycznym cliffhangerem, a rozpoczyna od przypomnienia tego, jakie to okropieństwa spotkały głównego bohatera epizod wcześniej. Dodajcie jeszcze do tego cudownie prezentujący się, przesiąknięty mrokiem las, wspaniałą grę światłem i elektryzujące efekty dźwiękowe. Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie te elementy bez większych zgrzytów się zazębiają i współgrają ze sobą.

Nazwanie Alan Wake utworem synkretycznym byłoby określeniem trochę górnolotnym. Gra jest bez wątpienia mieszanką wszystkiego co najlepsze jeżeli chodzi o budowanie niebywałego klimatu. Alan Wake można bez wahania porównać do porządnej jakości kina grozy, a gdyby zebrać do kupy wszystkie znalezione w czasie gry strony maszynopisu otrzymalibyśmy wciągającą i intrygującą nowelę. Fabuła Alan Wake to z całą pewnością jedna z najlepszych historii z jakimi miałem do czynienia.
Mechanika rozgrywki nie jest w żaden sposób skomplikowana. Wystarczy po prostu iść przed siebie, pokonać stojących nam na drodze przeciwników, uruchomić porozmieszczane w lesie generatory prądu i rozświetlić tym samym ogarniające wszystko wokół ciemności. Jednak prostotę samej rozgrywki wynagradza niebanalna historia i świetne, zmuszające do chwili zastanowienia zakończenie, które jednoznacznie sugeruje kontynuację. Całość podana jest w niesamowicie smakowitym, horrorowym sosie, z wyraźną nutą Kinga, Kubricka i Hitchcocka, a pikanterii wszystkiemu dodaje strosząca włos na ciele muzyka. Główną bronią naszego pisarza jest latarka, która służy do osłabienia opętanych przez ciemności przeciwników. Kiedy już przezwyciężymy mrok targający duszą opętanego wystarczy jeden strzał z karabinu myśliwskiego bądź pistoletu na race. No chyba, że mamy do czynienia z silniejszymi przeciwnikami. Wtedy trzeba się trochę namęczyć.

Warto wspomnieć także kilka słów o polonizacji. Nie wiem co było powodem tego, iż Microsoft nie zdecydował się na pełną lokalizację Alan Wake. Gra wydaje się być idealnym materiałem ku temu, aby ją zdubbingować. Dialogi są po prostu odtwarzane, a gracz nie ma żadnej możliwości ingerencji w to, co bohaterowie w danym momencie powiedzą. Samo tłumaczenie jest bardzo wysokiej jakości. Na uwagę zasługuje przede wszystkim przekład maszynopisów Alana. Wszystko czyta się jak dobrą, napisaną z polotem książkę.
Alan Wake mnie oczarował i już teraz wiem, że oczekiwanie na drugą część gdy nie będzie tak spokojne jak w przypadku „jedynki”. W fanboyskie utarczki raczej wciągnąć się nie dam, ale screenom i zwiastunom będę się bacznie przyglądał.
Komentarze