Red Dead Redemption, czyli voice actingowy wyczyn high-endowy
- 2010-06-07 @ 21:39
Nie jest tak, że wszystkie gry w oryginale brzmią bezbłędnie, a w wyniku pełnych polonizacji tracą znacząco na wartości. Owszem, przypadki takie się zdarzają i to na nasze nieszczęście nazbyt często. Trzeba jednak być głuchym, nawiedzonym lub ultra sceptycznym i antylokalizacyjnie nastawionym, aby nie dostrzec wspaniałości polskiego dubbingu w Uncharted 2, Wiedźminie czy leciwym już The Longest Journey. Przykłady gier, których dubbingi w oryginale sprawiają wrażenie niedopracowanych i nagranych w ostatniej chwili, niejako „na hura”, można by mnożyć. Dotyczy to głównie gier tworzonych przy udziale dużo mniejszej ilości „zielonych”, gier drugiej kategorii, ale aspirujących do miana produkcji kompletnych, za które woła się pełną kwotę 200 polskich złotych. Za przykład mogą posłużyć Dark Void, Iron Man 2 czy Ninja Blade. Istnieje jednak na zachodnim rynku gracz voice actingowo doskonały, który w każdej wyprodukowanej przez siebie grze dźwiękowo ociera się o granicę arcymistrzostwa i poprzez fantastycznie zrealizowany dubbing nadaje postaciom niebywałego charakteru – Rockstar. W przypadku Red Dead Redemption nie jest inaczej. Rockstar ponownie stworzył dubbingowe El dorado.
Każda gra ze stajni Rockstar od czasu trzeciej części Grand Theft Auto była okraszana voice actingiem co najmniej bardzo dobrym. Z tytułu na tytuł jego jakość tylko i wyłącznie się poprawiała, osiągając w GTA IV poziom wybitny. Mogłoby się wydawać, że lepiej już być nie może. Rockstar wyciągnął wtedy z rękawa Scotta Hilla oraz Lou Sumralla, którzy podkładając głosy odpowiednio pod Johnny’ego Klebitza i Billy’ego Gray’a, stworzyli jedne z najlepszych postaci w historii serii. Podobnie sprawa wygląda jeżeli chodzi o The Ballad of Gay Tony. Oprócz pojedynczych, losowo napotykanych w świecie gry postaci nie znajdziemy głosów niedopasowanych czy brzmiących sztucznie. I znów wydawałoby się, że poprawiać nie ma czego, a wykreować postacie dubbingowo doskonalsze to zadanie z cyklu “mission impossible”. Wtedy na sklepowych półkach pojawiło się Red Dead Redemption.

Magia dubbingu w Red Dead Redemption to przede wszystkim zasługa osadzenia historii na dzikim zachodzie i nadanie bohaterom, niejako z konieczności, specyficznego, westernowego akcentu. Mimo tego, każda postać jest na swój sposób inna, głosowo indywidualna, unikalna. O ile stwierdzenie, mówiące iż bohaterowie w Red Dead Redemption mają swoją duszę może wydawać się lekkim nadużyciem, to o wykreowaniu przez każdego z aktorów unikatowego charakteru dubbingowanej postaci możemy mówić bez wahania. Bohaterowie są niezwykle wyraziści. Już pierwsze spotkanie z poszczególnymi kowbojami systematyzuje u gracza odpowiednie nastawienie w stosunku do danej postaci i pozwala zapałać do niej sympatią, sklasyfikować ją jako największą szuję dzikiego zachodu, bądź umieścić gdzieś pośrodku. Oczywistością jest, że to po części zasługa ciekawie napisanego scenariusza i dialogów, jednak bez dobrego dubbingu i wczucia się w postać, osiągnięcie owego efektu byłoby zwyczajnie niemożliwe.

Recepta na osiągnięcie doskonałości w dziedzinie voice actingu jest prosta. W czasie nagrań obecni muszą być twórcy gry, którzy wiedzą z jakimi postaciami mają do czynienia, znają ich charakter, mogą podzielić się z aktorami swoimi uwagami „na gorąco” i nanieść w odpowiednim momencie poprawki. Dlatego między innymi Wiedźmina słuchało się tak przyjemnie. Patrząc z naszego, polskiego punktu widzenia, idealnym rozwiązaniem wydaje się to zaproponowanie przez Grzegorza Pawlaka, który w udzielonym nam ostatnio wywiadzie wspominał o “demach”, zarysowujących naturę dubbingowanej postaci:
Na potrzeby dubbingu (lokalizacji) producenci gier powinni tworzyć specjalne dema, pod kątem granej postaci. Zarys fabuły, wygląd, sposób poruszania się, charakter rozgrywki, klimat gry, najważniejsze relacje z innymi bohaterami, zasady “klawiszologii”. Gdyby każdy z aktorów dostał takie demo, pracowałoby się inaczej.
Inaczej, znaczy po prostu lepiej. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że sprawa wygląda skrajnie różnie, kiedy dubbingowaną postać znamy na wylot, a co innego, gdy mogliśmy zaznajomić się tylko i wyłącznie z jej „papierowym” obrazem.

Wszystkim tym, którzy nie grali jeszcze w najnowsze dzieło Rockstar, wciąż wahają się czy wydać swoje ciężko zarobione pieniądze na westernową przygodę z Johnem Marstonem, gorąco polecam zakup. Można by wytknąć RDR kilka mniejszych czy większych bugów, narzekać na „rozpływającą” się w Meksyku warstwę fabularną, jednak gra rekompensuje wszystko pięknem krajobrazów oraz masą sandboxowej zabawy, dającej mnóstwo frajdy. Jeśli tak jak ja godzinami zagrywaliście się w GTA IV, Red Dead Redemption Was nie zawiedzie. A może chcecie dowiedzieć się o grze czegoś więcej? Dajcie znać. Nasmaruję wtedy coś bardziej “recenzjopodobnego”.
Komentarze